Wakacyjne perypetie administracji

Go down

Wakacyjne perypetie administracji

Pisanie by Mistrz Gry on Sob Wrz 29, 2018 12:40 pm

Stało się to bardzo dynamicznie. Krótkie pytanie i równie krótka odpowiedź. W sumie to tak w ostatniej chwili.
Tak zaczęły się nasze wakacje. Zapytałam Ann parę dni przed dwudziestym czwartym czerwca czy jedzie ze mną na wieś, tak na jakieś dwa tygodnie.
No nie wiem, zastanowię się, może, chociaż nie daję ci stuprocentowej pewności, daj mi trochę czasu.
Dałam. I takim oto sposobem, obie, dosłownie parę godzin przed wyjazdem wpakowałyśmy do własnych toreb najpotrzebniejsze rzeczy i zdecydowałyśmy na wspólne życie w klatce przez czternaście dni. Cóż, nie przypuszczałyśmy, że z tych dwóch tygodni zrobią się prawie cztery, ale raczej się opłacało, bo wspomnień trochę zdobyłyśmy.

Jeśli o mnie chodzi, to pakowałam się półtorej godziny przed wyjazdem, mając do dyspozycji jedynie połowę swojej zacnej garderoby (reszta oczekiwała prania), a spakować udało mi się w piętnaście minut. Piętnaście minut. Przysięgam. I zapomniałam jedynie gumek do włosów i maszynek do golenia. /Ann
I takim sposobem witamy was dzisiaj w tym poście.
Poczytajcie, pośmiejcie się z tak debilnej administracji i upewnijcie się, że warto było wpakować się w to bagno, zwane Sekretem Miasta.


24 czerwca, piątek

Nasze przewspaniałe osobowości spotkały się na parkingu przed ALDIkiem, gdzie po krótkawej wymianie zdań postanowiłyśmy wpakować zacne dupeczki do czarnego rydwanu z czterema kółkami na zadzie. Usadowiwszy się wygodnie w fotelach, rozpoczęłyśmy naszą konwersację, która pochłonęła znaczną część podróży. I amortyzację w aucie. Ostatnie piętnaście minut wlekliśmy się gorzej niż ślimaki.
Zajechawszy na miejsce, dopadłyśmy małych potomków mojego dobrego kolegi Szatana. Kociąt. Cztery małe kurduple gnieździły się w zielonym pudle.
Jako wspaniałe obywatelki i jeszcze lepsze strażniczki sprawiedliwości postanowiłyśmy je pomęczyć. Jak wiadomo po naszym tytule - sprawiedliwie. Czarnego męczyłyśmy najwięcej, bo najfajniejszy.
Chciałybyśmy wam jednocześnie przedstawić naszych podopiecznych.
Andka, zwanego na początku Zarazą.

Tene, zwaną na początku Noł nejmem.

Nerva bądź Drozda, zależało od tego kiedy robił debilne rzeczy, zwanego niegdyś Panterą, którego na sam koniec właścicielka ochrzciła Guciem (to i tak zawsze będzie Nerv, lol)

Oraz Mistrza Gry, Surr, którą na początku lubiłyśmy najbardziej, bo najszybciej się rozwijała. Świętej pamięci Przygoda.


Jedno z nas, Tene bądź Andek, będzie nazywane Mają.
Poświęćmy zatem Nervowi/Drozdowi i Ann/Tene chwilę ciszy.


25 czerwca, sobota

Obudziwszy się z rana, skonsumowałyśmy śniadanie i ruszyłyśmy na podbój sklepów. Nie zrozumiałyśmy dlaczego wszyscy dziwnie się na nas patrzyli, gdy wstałyśmy prawie przed dwunastą, toż to godzina poranna. Przeleciało to jednak koło nas i dzień w dzień zwlekałyśmy się o podobnej porze.
Nasz wspaniały rydwan nim skierował nas w stronę supermarketów, wywiózł nasze zacne tyłki nad radioaktywny zalew.

Ładnie, pięknie, wszystko przycmokane, ale cóż to! Ryba. Zdechła. W wodzie. Zakiełkowało więc w naszych głowach stwierdzenie, że OH HELL NO! i na tym spełzły nasze plany pokąpania się gdziekolwiek indziej, niż w przydomowym basenie, który służył w chwili obecnej za topialnię dla owadów.
Słodkości, które ukradłyśmy ze sklepowych półek, mające wystarczyć na cały wyjazd, zniknęły. Tak ot. W jeden dzień. Nadal nie wiemy co się z nimi stało, ale podejrzewamy, że nasze żołądki mają coś z tym wspólnego.


26 czerwca, niedziela

Poproszone o rozpoczęcie prac, jako wspaniałomyślne osobliwości, zebrałyśmy się i dumnie przemierzając po raz trylionowy podwórko, wylewałyśmy wodę z basenu na grządki. W końcu jedno wiaderko nie wytrzymało presji i uroczyście postanowiło zastrajkować. Jebutło o ziemię, moje buty i moją cierpliwość z niesamowitym impetem.
I wtedy skończyły się żarty.
Nieszczęśliwie Ann chwilę później postanowiła pobawić się ze mną w pooblewam cię wodą z basenu, bo tak i zakończyłam dzień obrażona jak żydzi na żarty o obozach.
Osobiście uważam, iż zabawa „co mi zrobisz, jak cię obleję” jest jedną z najciekawszych zabaw, jakie można wymyślić, a Tene po prostu się czepiała. Boiwoda jedna. /Ann

Czym różni się żyd od harcerza?
Harcerz wraca z obozu.
Spłonę w piekle za te żarty, pozdro, Tene.


27 czerwca, poniedziałek

Pierwszy poniedziałek wakacji! Jakież to wspaniałe uczucie - wstać rano i nie musieć tak naprawdę nic robić.

Apropo wakacji: wstaję rano, a tu obiad.
Albo nawet i niekiedy kolacja, bo kto bogatemu zabroni! /Ann

Zaczęłyśmy naprawdę intensywnie ten dzień. Wszyscy zmyli się do pracy, a nam pozostawiono całą listę obowiązków. Przewspaniała Tenebris zajęła się koszeniem CHOLERNA WYSOKA TRAWA, zaś równie wspaniała Ann pieleniem. Wpierw truskawki, potem ziemniaki.
Wieczorem nikt nie mógł z nas wykrzesać ni krzty energii. Akumulatory padły i to tak dość mocno, bo przez kolejne półtora tygodnia miałyśmy wszystko nadzwyczaj głęboko gdzieś.


28 czerwca, wtorek

Pierw dokaszanie tego przeklętego podwórka, potem wypielenie jakiejś połowy chwastów z ziemniaków. O, i to nie był koniec!


29 czerwca, środa

Luz, bluz i basen. Wcisnąwszy nasze hot adminowskie ciałka w stroje kąpielowe , wkroczyłyśmy dumnym krokiem do basenu. Skończyło się na Jestem Tajtanikiem, bądź moją górą lodową i uciekaniem przed krwiożerczym bąkiem. Uczepił się jak rzep do psiego ogona.
Z biegiem czasu myślę, że może był samotny i chciał trochę z nami pogadać. Ale w tamtej chwili uciekałyśmy przed nim jak przed Świadkami Jehowy.



30 czerwca, czwartek

Kolejny nudny dzionek. Podróż rydwanem, rozbój w sklepie w biały dzień, po czym słodycze i tak zniknęły. Ponownie. Jeżeli ktokolwiek je odnajdzie, niech zadzwoni. Tęsknimy.


1 lipca, piątek

Dzień w dzień nasze tytuły sprawiedliwości lśniły w blasku naszej chwały. Dzień w dzień męczyłyśmy koty. Raz jednego, raz drugiego, potem trzeciego, czasem czwartego i dwa dorosłe, innym razem wszystkie na raz. Dzień w dzień patrzyłyśmy jak zaczynają stawiać swoje pierwsze kroki. Wywalałyśmy je z pudła, tworzyłyśmy im dystanse i takim oto cudem najmniejszy najszybciej nauczył się chodzić.
To jednak nie był dzień na typowe męczenie kotów. Uzbrojone w pudełko z wodą i cztery małe szczuje Szatana, rozpoczęłyśmy wyzwanie. Hyc kota, dup do pudełka, gotowe! Pierwsze mycie kotów zaliczone!
A żebyście tylko widzieli te mordercze spojrzenia tych trzystugramowych, futrzastych kulek! Myślałam, że mnie zabiją, jak tylko nauczą się biegać i nigdy bym się nie spodziewała, że piorąc kota o wzroście jakichś trzynastu centymetrów będę miała wodę nawet na plecach i ślady pazurów na biuście.  /Ann
Aż trudno było pojąć, że minął już tydzień, odkąd zakwaterowałyśmy się w naszym małym, żółtym pokoju, pełnym pająków.
A pro po pająków. Wiecie, że wspaniałomyślna Tene postanowiła wymusić na mnie zajęcie łóżka pod ścianą, gdzie tego pieroństwa się całe masy kryły? /Ann
Kc ♥/Tene


2 lipca, sobota

Dziś udało nam się zrobić coś dobrego dla przyrody. Zgarnąwszy wszystkie potrzebne nasiona, nałożyłyśmy rękawiczki i z precyzją chirurga udało nam się powciskać w ziemię kwiatki. Wyglądało to tak, że po prostu rozsypałyśmy wszystko byle gdzie, żeby tylko było, ale hej! Działa!

Chciałam być jeszcze bardziej dobra dla przyrody i porozrzucane nasionka podlać wodą. W zamian za ten gest wąż ogrodowy się na mnie zemścił, wystrzelił w najmniej odpowiednim momencie i oblałam wszystko dookoła – ścianę domu, płot, siebie, dwa psy, ale oczywiście – oprócz grządki. /Ann


3 lipca, niedziela

Wszystkie dni polegały na wylegiwaniu naszych szanownych pośladów na fotelach bądź sofach, pożeraniu lodu ze słodkimi napojami i lampieniu się godzinami na Eskę. Po czasie zaczęły przepalać nam się przewody i dochodziłyśmy do coraz to durniejszych pomysłów.
I tak zrodził się taniec delfina. Zapoczątkowawszy coś tak pięknego, miałyśmy napady śmiechu, gdy wkraczała na ekrany jedna, specyficzna piosenka, w której nikogo nie obchodziło jak tańczysz. Bo ten taniec pobiłby wszystkie inne, a nam było naprawdę szkoda zawstydzić tych wszystkich profesjonalnych tancerzy.
Kiedyś wam to pokażę, obiecuję.


4 lipca, poniedziałek

---


5 lipca, wtorek

Wtorek stał się naszym dniem ucieczki od rutyny. Zamiast wciskać po raz wtóry nasze tyłki w fotele, postanowiłyśmy się zebrać i ruszyłyśmy na walkę z chwastami. Wspaniałomyślny tata postanowił nam pomóc i takim sposobem, we trójkę udało nam się zwalczyć te dziadostwa. Ave, Satan!


6 lipca, środa

I dzisiaj nie próżnowałyśmy. Ponownie, nasze przekochane trio ruszyło na podbój świata. Klep tyłkiem o rowerowe siodełko i wio! W las!
Ruszyliśmy na dłuższą wyprawę, podczas której musieliśmy ewakuować się przez czyjeś pole, uciekając od namolnych Świadków Jehowy. Się bąków znaczy.
Mą biedną nóżkę, zaatakował niedobry potwór, mieniem okalany jeżyną. Przecudowną Anastazję zaś smoki niedobre goniły. Świadkowie Jehowy.
Do tego kawałek pola pragnął dramatycznie zatrzymać mnie przy sobie i jakiś roślin zaplątał mi się wokół pedała, przez co o mały włos nie zrobiłam salta z rowerem. /Ann
Przeżyłyśmy jednak i powróciłyśmy do swego królestwa z uniesionymi dumnie głowami. No dobra. Moja była przy ziemi, szukając chociażby kropelki wody, bo kondycję z całego olśniewającego trio mam najgorszą i ledwo żem się doczołgała na posesję.
Ale ile spalonych kalorii!


7 lipca, czwartek

Także i ten dzień był dla nas wyzwaniem. Dwie przewspaniałe gospodynie domowe, które nigdy nic w tym domu nie robiły, musiały zając się całym gospodarstwem. Odkurzałyśmy, zmiatałyśmy i szorowałyśmy podłogi. Myłyśmy blaty. Trzepałyśmy dywaniki i zmiatały schody.
Po ciężkiej walce, w trakcie gdy my jeszcze ostatkiem sił dokańczałyśmy naszą robotę, powrócił tatko. Pojechał sam, dzielny rycerz, po sztachety. Przywiózł nam robotę na tydzień. Sam! Sam! I docenił to, co żeśmy zrobiły!
Właścicielka kotów natomiast zaszczyciła nas tylko zapytaniem czy wytrzepałyśmy dywaniki, gdy wróciła z pracy po rozdaniu namolnym dziadom emerytur. Wybaczyłyśmy jej to karygodne zlekceważenie naszej roboty, gdy uznała, że serio czuć, że wytrzepane. Miała szczęście!
Nocą, około 22 nagle właścicielka kotów przypomniała nam, że sztachety czekają i trzeba je przenieść. Takim to sposobem dwie kompletnie pozbawione siły nastolatki przerzuciły własnoręcznie niemal półtorej tony sosnowego drewna z przyczepy do garażu po kamienistym, nie dokończonym jeszcze podjeździe. /Ann


8 lipca, piątek

Piątek okalany został dniem ciężkiej, męczeńskiej roboty. Zarzuciłyśmy na nasze ciałka ciuchy idealne do malowania i dumnie przysiadłyśmy do klepania pędzlem po sztachetach. Drewnochron został ozwany przez mą osobę bejcochronem bądź drewnobejcą. Nie pytajcie, po prostu tak wyszło.
Po całym dniu spędzonym na słońcu, odbiło nam po raz wtóry. Wieczorem, leżąc już sobie w królewskim łożu, postanowiłyśmy pogadać. Babskie sprawy, niebabskie sprawy, różne takie dupsy. Jak się okazało, Ann jako znany dermatolog i człowiek pomocny, stwierdziła iż mam suche ryło. Powzięła w swe dłonie balsam i mimo moich protestów, rzuciła nim na moją twarz, piżamę i pościel.
Jako człowiek pokojowy, postanowiłam, że jej wtedy nie uderzę, nie zrobię awantury ani nie skręcę karku. Poprzysięgłam zemstę. Piękną, słodką i wielkością przypominającą moje gabaryty, czyli całkiem sporą. Widzimy się w piekle!
A tak nasze piękne adminowskie ciałka wyglądały po pierwszym dniu malowania (nie zwracajcie uwagi na moje różowe skarpetki do balerin, to taki specjalny ubiór roboczy):

Uwierzycie, że między mną, a Tenesiakową jest różnica aż 20 kilo i jedynie jakichś 4 centymetrów wzrostu, a jesteśmy praktycznie tej samej postury? /Ann

Macie jedyną i niepowtarzalną okazję na ujrzenie moich olśniewających, niebieskich laczków ♥ /Tene

9 lipca, sobota

Kolejny dzień walki z bejcochronem i sztachetami można uznać za udany. Namachałyśmy się tymi pędzlami gorzej niż człowiek, gdy się topi, ale dumne ze swojej roboty udałyśmy się na spoczynek.
Wcześniej przyjechali także goście. Jedna osoba nam dobrze znana, z drugą, która okazała się totalnym gburem przypominającym ruskiego kłamcę oraz psiskiem, które rok wcześniej sama sprowadziłam na parcelę i uratowałam przed wsiowym żywotem.
Poproszone o zrobienie czegoś dla kotów, przyjęłyśmy zadanie i uczepiłyśmy się mojego tatka po raz wtóry, by dał nam narzędzia i materiały wykonawcze. Wcisnął do ręki piłę, młotek i gwoździe, a nawet pozwolił pokraść wszystko co żeśmy chciały w obrębie domu. Wykorzystałyśmy okazję i zawinęłyśmy parę pnioków, desek i materiału.




Tak oto powstała najwspanialsza zabawka dla kotów, jaką tylko świat kiedykolwiek widział!

Jak widać, jeden z kociaków – Nerv – tak pokochał nasz zbitek desek, że postanowił na nim zasnąć w pozycji truposza. Wybaczcie, że nie widać całej zabawki, ale jakoś tak wyszło. /Ann


I tak przy okazji dajemy wam porównanie:
Wbijanie gwoździa wersja mistrz i amator

Raczej poznacie, które należy do kogo.


10 lipca, niedziela

Dzień pełen wrażeń nas czekał. Zebrawszy się z rana - tym razem przed dwunastą - skierowaliśmy się do innej wsi, w celu ukradnięcia wiśni. Nim jednak ruszyłyśmy, wyszłyśmy na trawiasty podjazd i skierowały do wyjścia w celu otworzenia bramy. Dziarskim krokiem przemierzyłam dzielącą mnie od wrót odległość i chcąc zrobić to z niesamowitą klasą, samodzielnie szarpnęłam za otwarcie furtki. Furtka jednak miała inne plany i dziuro w ręce witaj! Wpakowałam jednak bez dramatu tyłek w fotel i rydwan po raz kolejny zabrał nas w ekscytujące miejsce.
Po krótkiej podróży nasza samozwańcza Fantastyczna Czwórka wkroczyła na teren znany tylko jednej osobie i rozpoczęły się zbiory. Właściciel co jakiś czas pytał się czy coś pomóc, a nawet powiedział gdzie jest wychodek! Luksusy jak cholera!
A słowem nieco o samej posesji: do czasu, aż tam pojechałyśmy, myślałyśmy że zachwaszczone poletko ziemniaków Właścicielki Kotów to jest szczyt zaniedbania własnego ogrodu.  Ku naszemu zdziwieniu nowy szczyt zachwaszczenia został osiągnięty w raczej nieprzyjemny sposób – pokrzywy wyższe od nas porastające autentycznie całą działkę. I szukaj wiśni w pokrzywach, dziarski zbieraczu! Zwłaszcza, że niektóre drzewka tak skrzętnie ukrywały się pośród ponad półtorametrowych (ba, nawet i dwumetrowych miejscami!) chwastów, że nie dało się ich zobaczyć. Nie żartuję. Drzewka wiśni niższe niż pokrzywy – tego jeszcze chyba nie było. /Ann
Nawet nie zgadniecie jakie dziwne konfiguracje musieliśmy tworzyć wraz z drzewami i pokrzywami, żeby dobrać się do wiśni, bo nie mieliśmy możliwości użycia drabiny, za to naginanie drzewek za sam czubek do ziemi jak najbardziej mile widziane! Zbiory zakończyły się jednak dużym sukcesem i pokłuci, ale zadowoleni, że to już koniec - wróciliśmy do domu. U Andka pokrzywy trzymały swój ślad aż trzy dni, u mnie zniknęły po jakiejś godzinie. Naturo, wiedziałam, że mnie kiedyś docenisz i dasz w czymś fory!
Co do samej kwestii pokrzyw, łatwiej było policzyć u mnie miejsca niepokłute niż pokłute. Bolało jak diabli i kolejna noc dla nas obojga była koszmarna – co chwilę się budziłam i drapałam, a Tene budziła się wraz ze mną, bo drażnił ją dźwięk drapania. Po całej przygodzie jednak przestałam już w ogóle bać się pokrzyw. /Ann
Przy obiedzie tatko postanowił pożartować sobie trochę z właścicielką kotów. Powstało mnóstwo żartów o uju, których z maskowanym zainteresowaniem wysłuchiwałyśmy z Lenerką. Potem na stół trafiły rurki z masłem. Tak jakoś wyszło, że śmietana pokomplikowała nam plany i wcisnęła zamiast bitej śmietany masło. Ale dobre było. Wspomnienia z moich dawnych urodzin ściągnęło.
Dla niezorientowanych – na pewnych urodzinach Tenesiakowej, ja, przewspaniała przyjaciółka Ruda, wlałam jej do lodów pół tuby bitej śmietany. Później drugie tyle na siłę wlałam jej do gardła, a sama miałam jej dość na następne dwa lata. /Ann
Łajza! Zaatakowałaś mi tylko miskę z lodami! Do gardła cię nie dopuściłam, bo już wiedziałam jak to się skończy. Nie koloryzuj ty mały podstępny chwaście!
Nasi wczorajsi goście odjechali, pozostawiając nas w wiecznej melancholii, która trwała jakieś pięć sekund.
Mniej, uwierzcie. /Ann
Siedząc w pokoju, dostałam prawie zawału, gdy nasza kochana forumowa moderatorka podsunęła myśl, że ugryzienie na moim udzie, wygląda jak po kleszczu. Fakt. Wyglądało przez chwilę.
Już chwyciłam w nerwach telefon, już świecę lampą błyskową na ugryzienie, już wysyłam z pośpiechem esemesa do mamy Mamo, chyba mam boreliozę. Nie. To nie było ugryzienie kleszcza. To dziabnięcie Świadka Jehowy. Spokojnie! Rodzicielka niezbyt się tym przejęła, odpisała parę godzin potem, żebym wzięła tabletki na uczulenie. W mojej głowie zakiełkowała myśl Dzięki mamo. Ja tu umieram na boreliozę, a ty się tym nie przejmujesz. Spokojnie po raz drugi! Wybaczyłam ten brak zainteresowania zagrożeniem mojego życia.
Chwila. To nie koniec.
Anastazja tego samego dnia zakładała bluzkę od piżamy cztery razy, bo cały czas sądziła, że jest na odwrót.
A właścicielka kotów pasteryzowała wiśnie w zmywarce. Oryginalnie.
A wiemy to tylko dlatego, że o drugiej w nocy postanowiłyśmy zjeść płatki z mlekiem. /Ann


11 lipca, poniedziałek

Dzień zaczął się zjawiskowo dobrze. Rano moja szczotka do zębów, zamiast wpaść mi w rękę, postanowiła odkryć w sobie talent akrobaty. Zrobiła piruet i wpadła do kosza. Nawet nie wiecie jaki miałam zawał, bo obok kosza znajduje się muszla klozetowa. To się nazywa szczęście.
O 10:30 w cieniu były trzydzieści dwa stopnie Celsjusza. Postanowiłyśmy sobie więc trochę odpuścić z malowaniem i siedziałyśmy na dupach.
Cyknęłyśmy kocie selfie Mistrza Gry, patrzyłyśmy jak szatańskie pomioty doceniają kocią zabawkę i walczyłyśmy niczym nasz dzielny rycerz tatko, z molami.
W ten wielki upał właścicielka kotów zostawiła nam zadanie, byśmy rozwiesiły ścierki i obrusy na suszarce na pranie znajdującej się dobre czterdzieści metrów od domu, więc chcąc ograniczyć przebywanie na słońcu do minimum, zaproponowałam Tene układ:
„Ja idę, ty wracasz.”
Co najlepsze – zgodziła się! /Ann

Dbam o nasze wspólne zdrowie i dobre samopoczucie!


12 lipca, wtorek

Malowanie. Malowanie. Malowanie i jeszcze raz malowanie. Niefortunnie złożyło się tak, że malowałyśmy przy schodach. Proszę o aplauz, bo rzadko kiedy komuś uda się przechylić kubeł z bejcochronem tak, by prawie 3/4 jego zawartości wylądowało na schodach. Ale udało mi się złapać wiadro w ostatnim momencie, nim wszystko wypłynęło! Halo! To cud! Powinniście mnie wielbić!
Tatko jednak nie wielbił. Popatrzył trochę krzywo i powiedział, że nic się nie stało, ale mnie zalała taka histeryczna fala paniki, jakiej jeszcze w życiu nie doświadczyłam.
Zrodził się więc w naszych głowach plan. Zalepimy miejsce zbrodni taśmą izolacyjną! Ale co z oknem w sypialni? Dać to przezroczystą taśmą klejącą! Plan idealny, ale w końcu nie doszedł do skutku.
Schody do teraz wyglądają, jakby ktoś tam zarżnął świniaka.

Wieczorem postanowiłyśmy w końcu popsikać się jakimś ustrojstwem, które miało łagodzić skórę po opalaniu, bo żeśmy się trochę spaliły przy machaniu pędzlami. Wyszło na to, że prawie codziennie psikałyśmy się tym czymś tylko dlatego, że pachniało kokosem.
Także butelka, wdzięcznie przemianowana na Kokos, wieczorem posłużyła nam jako dezodorant. Andek po wypsikaniu się na łóżku, rzuciła nią w moją stronę. Uwaga, złapałam. Liczyliście na faila? Był. Złapałam tak niefortunnie, że czekałam, aż tylko wymsknie się jak śliski węgorz przemykający pomiędzy labiryntem kamieni. Więc podrzuciłam to ustrojstwo w miejscu, żeby móc obrócić butelkę. Ręce jednak chyba nie współgrały z mózgiem, bo on rozkazał im butelkę ponownie złapać, zaś one po prostu to olały.
Kokos uderzył o podłogę jak tsunami na Japonię.
Zostawiając rozterki dnia dzisiejszego za sobą, postanowiłyśmy ruszyć się do kuchnio-jadalni. Po raz kolejny zawędziłyśmy mleko i płatki. Zostałam poproszona o wsypanie Anastazji ich niewielkiej ilości. Więc wsypałam.

Nasz dzień zakończył się kolejną dyskusją na temat tego, jakim cudem mleko ma mniej białka w 100 gramach niż płatki Cookie Crisp.
BONUS: Jak się nazywa mysi Casanova?
Myszołów



13 lipca, środa

Tego dnia udało nam się dokończyć ciągnące się już od wieków malowanie płotu. Ślicznie, pięknie, wszystko stanęło na właściwym miejscu i podziwiałyśmy wspólną pracę naszego wspaniałego trio. W roli głównej: Anastazja i Tenebris jako malowacze pospolitusi i tatko jako montażer niepospolitus.

Znów powróciłyśmy do naszych starych zajęć. Męczenie kotów to czysta przyjemność. Wpakowałyśmy małe, obszczane skunksy pod kran, gdzie prawie dostały zawału na widok wody. Ale przeżyły i mają się dobrze.
Miałyśmy także mały wypadek na pewnym znanym komunikatorze i bezzwłocznie musiałyśmy maskować pewne niedociągnięcia. Nie martwcie się, wszystko pod kontrolą. Nikt się nie dowiedział, jak naprawdę na niego mówimy. Nasze uniwersum istnieje, a Ziemia nadal się kręci. Wszystko w jak najlepszym porząsiu.
AVE HIVen! /Ann
Wieczór był również bardzo emocjonującym przeżyciem.
Kładąc się spać, rzuciłam telefon na łóżko. Kładę się. Dup. Nie ma. Zapytawszy się więc panny Lenerki czy wie gdzie on jest, rozpoczęłam swe poszukiwania. Ni chu chu znaleźć go nie mogłam. Nerwy swe nadszarpnęłam, a wtem moderatorka kieruje do mnie te słowa: A gdybyś go teraz znalazła i był po francusku, to co? Odpowiedziałam zgodnie z prawdą, że może i być po francusku, byle żeby był. Mam sentyment do tego czteroletniego grata.
I się znalazł. Po francusku. W bucie Andka.
Chcecie wiedzieć skąd? Czytajcie dalej.


14 lipca, czwartek

Dziś łuna sprawiedliwości oświetliła nasze umysły i wpełzłyśmy na nowy poziom męczenia kociąt. Walnęłyśmy więc zgodnie całą czwórkę do wanny i patrzymy na ich wystrachane ryjki. I tym razem przeżyły, ale uraz do wanny i wody sięgającej im ledwo do łap raczej zostanie w nich na dłużej.

Tego dnia powierzono nam także zadanie niesamowicie trudne, dzięki któremu wymigałyśmy się przed wychodzeniem z domu. Zasiadłyśmy więc do spotkania przy prostokątnym stole i rozpoczęłyśmy krojenie i bebeszenie jabłek. Poszły na kompot.
Tego samego dnia spotkałyśmy się z moim drugim wcieleniem, gdy moja odsłona czerwonego kapturka szła na grzyby. Ozwałyśmy to wersją hard, gdyż mózgowie me padło i wymachiwałam pustym pudełkiem, jakbym dostała właśnie ataku padaczki. Grzybów nie złapałam, kaptura nie ukradłam, czerwień była na schodach z zarzynania prosiaka.
Uznałyśmy, że to nie koniec z dzisiejszymi dziwactwami. Ubrane niczym na wojnę, wzięłyśmy zakładnika i udałyśmy się na podbój fortu. AKCJA DYWERSJA zakończyła się sukcesem, gdy Anastazja podpełzła i capnęła laćka właścicielki kotów. Tylko się nie zaczadźcie było ostatnią rzeczą, którą zasłyszała nim ruszyła w drogę powrotną. Poświęciła wszystko, by zdobyć tego jednego, fioletowego kapcia. Głównie swoje staniki, które zostały nakolannikami.

Skończyło się śmieszkowanie, gdy odcięli prąd. Cała okolica była pogrążona w czeluściach ciemności, a my - dzielne wojowniczki - stale chroniłyśmy naszego fortu.
Niecierpliwiony tatko, po jakiś dwóch godzinach wyjrzał za okno i wrzasnął LUDZIE, PRĄDU! Cała Fantastyczna Czwórka została także uraczona komentarzem, że O, jemu to już prąd włączyli i jedzie nam włączyć, gdy pewny automobil postanowił przejechać nam pod oknem.
Nie, nie jechał nam włączyć prądu. Włączyli go jakąś godzinę później z elektrowni. Ave, ludzie z elektrowni!


15 lipca, piątek

Piątek był dniem dość pechowym, ale bez obaw, wszystko pod kontrolą!
We trójkę - właścicielka kotów, Andek oraz najlepsza z najlepszych Tene, zasiadłyśmy do obiadu. Danie specjalne? Leczo, wykręcacz paszczy. Przepaliło mi tylko przełyk, spoko, nic poważnego.
Padło także pytanie No to którą rozdziewiczamy?, gdzie zaś wasza przewspaniała Tenebris odpowiedziała pod nosem Została tylko jedna. Szczęście dla mnie, bo okazało się, że właścicielka kotów pytała o słoik z kompotem z wiśni i zdecydowanie nie usłyszała tego, co żem rzekła...
Z Ann śmieszkowałyśmy z tego przez dłuższą chwilę.
I tego dnia męczenie kotów przypadło na nas. Wcisnęłyśmy obszczanego kocura pod kran. Chyba nas znienawidził.


16 lipca, sobota

Minęło już trochę czasu nim nasz dzielny duet ruszył na podbój ze zbyt wysoką trawą i chwastami. Uzbrojone w robocze ciuchy i trochę zregenerowanych sił stawiłyśmy czoła tym dwóm potworom! Wszystko cacy. I dobrze, że nadal nie spojrzeli za altanę, gdzie już mi się odechciało kosić i pozostał jeden, wielki pas zielska. Miłego koszenia!
Swą obecnością uraczyła nas po południu także podwójna tęcza. Cudak pojawił się na niebie znikąd.
BONUS: Ja siedzę, kot się wspina i z całej pazury... - Anastazja Leneaure, nowa miara siły - pazury


17 lipca, niedziela

O pierwszej w nocy zachciało mi się pić, więc popełzłam po szklankę do kuchni. Kiedy wróciłam, Tenesiakwa siedziała ukryta pod kołdrą przed światłem jak wampir na widok czosnku. /Ann
01:05, Anastazja: KONTAKTUJESZ? MOGĘ MÓWIĆ?
01:05, Tenebris: TAK, TAK.
01:06, Anastazja: ALE NA PEWNO?
01:06, Tenebris: TAK
01:06, Anastazja: TO SŁUCHAJ, BO… […]
---
Rano,
Anastazja: Wiesz, sorry, że cię obudziłam…
Tenebris: Ty mnie w nocy w ogóle budziłaś?

Pewna panna, zwana Anastazją rechotała z tego przez cały dzień. Inna panna, zwana Tenebris - również.
Dzień pełen nieporozumień i typowych dziecinnych zachowań ponownie zawitał w nasze progi. Jako iż jestem człowiekiem dziecinnym, poprowadziłam go w odpowiednie miejsce i tak osiadł razem ze mną i Andkiem na całe 24h. Na sam koniec tego dzionka, udało mi się zrelacjonować, iż pewna moderatorka, na pewnym forum, przebywająca ze mną na pewnych wakacjach, pokazała mi faka na stopie;
odkryłyśmy „martwą” matkę polkę (spokojnie, dalej żyje i ma się dobrze, ale wtedy kociaki wycyckały z niej całe życie. /Ann);

mój nawiedzony, francuski telefon został zdemaskowany - to sprawka tej szui Rudej.
A tamta druga szuja Tene cały czas myślała, że telefon sam się na francuski przestawił i radośnie dał nura w moje buty! ~ /Ann


18 lipca, poniedziałek

Ostatnie dni na wsi zbliżają się wielkimi krokami. W końcu to do nas dotarło i zaczęłyśmy korzystać z wyjazdu na sto procent.
W nocy pewna szuja zabrała mi kołdrę, a żem człowiek pokojowy, to wpierw pomocowałam się trochę, a że to nic a nic nie dało, postanowiłam, że czemu nie. Skoro chce kołdrę, a ja i kołdra to prawie to samo, gdy śpimy, to będzie mieć i mnie w pakiecie. Przycisnęłam swym wielkim cielskiem nasze Andkowe dziecię do ściany i potrwałyśmy tak przez pewien czas. Na szczęście nerwy Lenerki współpracowały wraz z moimi intencjami i po chwili mogłam cieszyć się swoją częścią okrycia, na swojej połowie łóżka.
Rano pokucharzyłyśmy trochę, zapiekanki się porobiło.

I kotlety Pewnie z tej zarżniętej świni. I mizerię, będącą wpierw stertą ogórków, którą zaczęłyśmy pożerać. Czynność ozwana przez nas jako wpierdalando.
Mózg mi się zamienił w mizerię po tej ilości ogórków i do teraz nie wrócił do stanu początkowego… /Ann
Późno w nocy zaś tatko zachciał sobie kiśli. I zrobił. Dla całej familii. Wszyscy szczęśliwi, pochłonęliśmy kiśle koło pierwszej w nocy.


19 lipca, wtorek

Zaczęło się od odsierśczania naszych przecudownych, administratorskich zadków. Następnie znane wam już przewspaniałe trio, ruszyło poślady na rowery. Wparowaliśmy w totalnie nieznane nam tereny, ale pojedliśmy trochę przydrożnych jeżyn. Kradzieje niedobre.  Ktoś jednak chciał nas słusznie wywalić i w trakcie naszej wojaży zasłyszeliśmy około dwudziestu strzałów. Tatko niewystrachany, dzielnie przemierzał okołonamysłowskie puszcze, zaś my, biedne adminowskie dzieci, stałyśmy jak te kołki i dyskutowały o tym czy weszłybyśmy w pole kukurydzy, czy nie.
W trakcie powrotu jednak tatko postanowił wykazać się dobrym, ojcowskim wyczuciem i podjechaliśmy do sklepu, by pochłonąć lody. Po uzupełnieniu tych kilkudziesięciu pustych kalorii, wsiedliśmy z klasą na nasze mini-rydwanki i powróciliśmy do gospody.
Właśnie zdałam sobie sprawę, że bukiecik, który Anastazja zrobiła ze skradzionych z pola kwiatków nadal tkwi w koszyku mojego dwukołowca. Shh, nie mówcie jej.
Co za menda, a ja się tak starałam! :ccc /Ann
Wieczór nastał szybko, a my chciałyśmy wykorzystać całkowicie nasz ostatni pełny dzień we wspólnej izolatce. Zaczęło się od bijatyk, a skończyło na włażeniu biednej admince na plecy.
Dzień zakończył się kopaniem grobu pod balkonem. Czyli stosunkowo normalnie jak na nasze standardy.
Tak, dobrze przeczytaliście: grobu. A przynajmniej czułyśmy się, jakbyśmy grób kopały, bo o godzinie dziesiątej w nocy właścicielce kotów zachciało się dzikie wino wokół balkonu sadzić i Dziewczynki, weźcie szpadle, pomóźcie! Uwierzcie, nic przyjemnego. Nadgnite kawałki roślin w tamtym świetle wyglądały jak truchła, a Tenesiakowa wykopała kilka cegieł niewiadomego pochodzenia. Kilka razy jebutnęłyśmy szpadlami w fundamenty, a na samym końcu musiałam lecieć ze szlauchem dookoła domu, podlewać nowozasadzone krzaki. Przy okazji podlałam tatka Tenesiakowej, pół płotu i okno w kuchni, kiedy wąż postanowił się zbuntować.
I tak przy okazji – wiecie, jakie spojrzenia mają przejeżdżający ulicą kierowcy, kiedy nocą widzą robiących podkop do domu? Ja już wiem. /Ann



20 lipca, środa

02:50, Tenebris spada z łóżka, bo Anastazja jej tak każe.
Nie pamiętam tego, kłamstwa i pomówienia! /Ann
Za to moja notatka doskonale to pamięta!
Mimo naszych najszczerszych intencji co do pożegnania właścicielki kotów nim wyjedziemy - nie udało nam się. Obudziłyśmy się kolejno o 6:06 i 6:15 lecz nie słysząc nikogo żywego krążącego po domu, powróciłyśmy do spania.
Na chwilę tylko wyrwała mnie ze snu sytuacja, gdy właścicielka kotów wychodziła z naszego pokoju i prawie przytrzasnęła jednemu z pomiotów szatana łeb. Miałam powiedzieć jej cześć!, ale z tego co pamiętam, to wykrzesałam z siebie tylko niewyraźny bełkot. Cóż, przynajmniej się starałam.
O 8:22 zaś postanowił obudzić nas tatko. Nasza pierwsza myśl?
O kurde, do szkoły już trzeba wstawać?
Szczęśliwie pobyłyśmy w łóżku jeszcze chwilę, po czym zebrałyśmy tyłki i godzinę później rozpoczęliśmy podróż do domów.
Po drodze o mało nie zemdlałam na chorobę lokomocyjną i musieliśmy się zatrzymać, ale gwoli rekompensaty za trudy podróży tatko Tenesiakowej podjechał do siebie do domu i przyniósł mi kilka łusek z pocisków swojej myśliwskiej broni, żebym mogła sobie zrobić z nich wisiorki. Jak się potem okazało, jego broń ma taki sam kaliber jak kałach. O.o /Ann
Rydwan odstawił nas szczęśliwie na miejsca i tu nasza droga się rozeszła.

Na koniec taki bonusik od moderatorki. Promocja podpatrzona w kerfie na pierwszych zakupach. Kurde, opłaca się!

/Ann



A jak tam u was mija lato? ♥
avatar
Mistrz Gry

Liczba postów : 198
Join date : 24/09/2018

Zobacz profil autora

Powrót do góry Go down

Powrót do góry


 
Permissions in this forum:
Nie możesz odpowiadać w tematach