Mr. Love

Go down

Mr. Love

Pisanie by Emrys Love on Sob Lis 10, 2018 9:50 pm

Miano: Emrys Love
Wiek: 22 lata
Rasa: Zmiennokształtny
Płeć: Męska
Wzrost:1,95
Wygląd:

Love należy zdecydowanie do tych wyższych, mierzy około 1.95 wzrostu. Jego sylwetka jest umięśniona, aczkolwiek nie jest przerośnięty i daleko mu do postury Mariusza Pudzianowskiego.
Jego ciało zdobią liczne tatuaże, poczynając od klatki piersiowej, gdzie na lewej piersi umiejscowiony jest masywny tatuaż - przechodząc do rąk, a nawet dłoni, gdyż te zdobią tzw.”rękawy”. Wytatuowane ma również plecy, oraz szyje - z tym, że na szyi tatuaż zdaje się drobniejszy, głosząc  jedynie hasło “Dum spiro spero” .
Najdrobniejszy tatuaż znajduje się tuż pod lewym okiem, nie jest to żadna więzienna łezka, a egipski symbol Ankh.
Prócz drobnego tatuażu twarz mężczyzny zdobi również broda, oraz -jeśli można to tak nazwać - wąsy. Dwa lata w tym zapyziałym miejscu nieco zmienił jego nawyki, akceptując niewielki zarost - o który skrupulatnie dba jego wrodzony pedantyzm.
Długie kruczoczarne włosy, najczęściej splecione w kucyk, oraz oczy. Ślepia, które przez długi czas nadawały mu miano bestii. Krwistoczerwone tęczówki w akompaniamencie czarnych białek i tego samego koloru źrenicy w ciemności przyprawiają o szybsze bicie serca.
Zwykle ubrany na czarno z naciągniętym na głowe kapturem i przeciwsłonecznymi okularami na twarzy postrzegany jest jako dziwaka, a jednak to jedyny sposób by uchronić się od besztania i wyklinania ludzi na temat swojej odmienności. Pod rękawami kryje ukryte ostrza, zaś do paska uczepiony jest pokrowiec z nożem myśliwskim.

Historia:

Spoiler:
[align=left]~ Liczył sobie zaledwie trzy wiosny, to był czas gdy poprzez obserwacje i serie prób nauczył się chodzić, przez co opiekunki były zmuszone wypuszczać go z łóżeczka, wiedząc że i tak sam z niego wyjdzie. To był pierwszy dzień, gdy mógł opuścić swoją małą, ciasną klitkę w której znajdowało się jedynie łóżko i stara, zniszczona komoda.  Chwiejnie drepcząc za  opiekunką, wszedł do salonu. Był to wielki, przejrzysty, zadbany pokój, a wszędzie było pełno zabawek - znacznie różnił się od widoku jakiego Emrys doświadczał przez ostatnie, a zarazem pierwsze, trzy lata swojego życia. Widząc ten raj na ziemi zamiauczał coś niezrozumiale, w końcu mimo wieku nie potrafił mówić, nie miał styczności z językiem, gdy to opiekunki pojawiały się bardzo rzadko, jedynie dając chłopcu jeść, o czym również często zapominały, przez co Emrys bywał niedożywiony i odwodniony.
Lizzy zignorowała jego radosny krzyk, chwilę później zajmując się innymi dziećmi.
Kruczowłosy podreptał na swoich małych nóżkach w kierunku misia w kształcie słonia, pluszowa zabawka była dla niego czymś nowym, przez co nie potrafił pohamować radosnych odgłosów.
I tak on i jego pluszowy słonik spędzili ze sobą całe pięć minut, gdy to jeden z dzieciaków podbiegł do Mrysia, wyrywając mu zabawkę z rąk.
-Daj! Ja się tym chce bawić!
Emrys nie dał za wygraną, jego szkarłatne ślepia spoczęły na chłopcu. Złodziejaszka miśków przeszedł dreszcz na widok czerwonych tęczówek malca, a sam widocznie wystraszony zastygł w bezruchu. To była chwila nieuwagi, którą kruczowłosy szybko wykorzystał, zabierając zabawkę.
Rozległ się przeraźliwy płacz, a Emrys nie wiedziało co dokładnie się dzieje. Przecież jako pierwszy wziął tą zabawkę.
Szybko zjawiła się znajoma mu kobieta, która agresywnie wyrwała miśka z jego drobnych dłoni.
-Co ty wyprawiasz! - zagrzmiała, łapiąc go za włosy, tym samym unosząc do pozycji stojącej-   Zabawki są dla dzieci! Nie dla ciebie! - krzyknęła widocznie rozzłoszczona, ciągnąc malca w kierunku wyjścia.
Emrys zaniósł się płaczem, czując ból. Jego drobne łapki z całych sił próbowały pozbyć się dłoni kobiety, jednocześnie ją drapiąc.
Brunetka syknęła, otworzyła drzwi od jego klitki, po czym z impetem cisnęła chłopca do środka.
-Podrapałeś mnie, szkarado! - kolejny agresywny krzyk, przeplatał się z błagalnym dziecięcym płaczem.
Głuchy stukot uderzenia w głowę, powalił malca z nóg, który podczas lotu uderzył twarzą o stare,metalowe łóżeczko.
-Nie dostaniesz dziś żreć! - warknęła agresywnie, znikając za drzwiami, które z hukiem zatrzasnęła.
Chłopiec jeszcze długi czas leżał na podłodze, zanosząc się żałosnym szlochem, nie rozumiał co zrobił nie tak, wiedział już natomiast co to ból.
Kolejne dni nie różniły się bardzo, cokolwiek by nie zrobił często był katowany. Jego biała skóra w w wielkim stopniu była sina, a jednak każdy był na to nieczuły.
Wpajały mu to, że nic nie znaczy, że jest śmiechem, potworem, że nie powinien przyjść na świat. Był dla nich również workiem na wszelkie frustracje, które przelewały na niego, pod byle jakim pretekstem, a tych nie brakowało.
Emrys w końcu przestał dotykać czegokolwiek. Gdy tylko trafiał do salonu, udawał się w kąt, w którym spędzał resztę dnia, obserwując inne dzieci. Był bardzo inteligenty, to też przez obserwacje nauczył się mówić, a jednak nie mówił za wiele, gdyż często kończyło się to katowaniem.
Wybiła godzina piąta, mógł sam określić, że to godzina podwieczorku. Ale mógł tylko tyle, ponieważ sam nigdy takowego nie otrzymywał. Siedząc w swoim przyciemnionym kącie, wpatrywał się w ziemię, gdy pozostałe dzieciaki zajadały się czekoladowym budyniem. Często zastanawiał się jak smakują te tzw. słodycze, o których wszyscy mówią.
A jednak i z czasem to przestało go interesować.
Na obiad zawsze czekał pół godziny dłużej od reszty, nigdy nawet nie był w tzw. stołówce. Opiekunka zawsze prowadziła go do klitki.
Siedział w niej, wodząc wzrokiem po podrapanych, zatęchłych ścianach.
Gdy ta weszła, kładła na podłodze talerz z jedzeniem. Emrys nie miał w swoim "pokoju" stolika, tak więc przyszło mu jeść na ziemi.
Jego posiłek składał się głównie z zimnych ziemniaków, ubabranych jakimś sosem, resztami surówki i kawałkami niedojedzonego mięsa. Chyba, że był piątek, wtedy jego oczy mogły zobaczyć kurczaka, a właściwie to jego kości, na których gdzieniegdzie znajdywały się skrawki mięsa.
Czy było mu smutno? Z początku, ale to dopiero wtedy, gdy zorientował się co jedzą inne dzieci, ale to uczucie również znikło. Był przyzwyczajony do tego, że tak wygląda jego jadłospis, nigdy też nie zaznał normalnego posiłku, więc nie odczuwał nic w tym kierunku.
Czas zdawał się biegnąc nieubłaganie - nastała zima, a wraz z nią gwiazdka. Emrys słyszał szepty dzieci o rzekomym Mikołaju i że wszystkie grzeczne dzieci dostają prezenty.
~ Tego dnia wszystko zadało się być inne, nawet opiekunki zdawały się być milsze i ani razu go nie uderzyły.
Emrys siedział, zasłuchując się w kolędach jakie śpiewają dzieci, nawet gdzieś tam głęboko , przez żeliwną ścianę przebiła się chęć pośpiewania z nimi.
Podniósł się, powoli ruszając w kierunku grupki urwisów, gdy to wzrok jednej z kobiet dobitnie sprowadził go na ziemię. Zlękniony cofnął się, wracając do swojego kąta.
Reszta dnia minęła mu na bezczynnym wpatrywaniu się w ich szczęście, aż w końcu przyszedł najbardziej upragniony gość przez wszystkich : Wynajęty pseudo Mikołaj.
Mężczyzna ze sztuczną brodą rozdawał prezenty,wyczytując po kolei każde imię.
Ciekawski, pełen nadziei wzrok błądził po zaistniałym wydarzeniu, a jego uszy jak nigdy wcześniej nasłuchiwały coraz to nowego imienia. Owa nadzieja szybko zgasła, gdy to z ostatnim prezentem, pseudo Mikołaj oświadczył
-To już chyba wszyscy..-zaśmiał się życzliwie, a jego zielone oczy odnalazły drobną sylwetkę chłopca. Zdziwiony takim zwrotem sytuacji, spojrzał pytająco na kobietę, która machnęła ręką.
-To już wszyscy, może Mikołaj iść..
-A on? - i tu wzrok mężczyzny ponownie spoczął na Emrysie. Po jego plecach przebiegł dreszcz, na widok szkarłatnych ślepi, a jednak zdawał się to zbagatelizować.
-On był niegrzeczny.. - oświadczyła sucho, a za nią podniósł się gwar skandujących dzieci
-To potwór!
-Dziwadło!
-Pani od religii powiedziała, że to demon!
Podniosło się głośne "Buu". Emrys skulił się, chowając twarz w kolanach.
Mężczyzna skrzywił się delikatnie, widocznie poruszony zaistniałą sytuacją- Mikołaj kocha wszystkie dzieci..-oświadczył, stukając się po kolanie- no chodź tu, chłopcze..
Zdezorientowane dzieci błądziły wzrokiem między sobą, co jakiś czas wędrując z sylwetki chłopca, na postać mężczyzny.
Love uniósł się niepewnie, jeszcze nie pewniej krocząc w kierunku mikołaja. Gdy się zbliżył dostatecznie, mężczyzna wciągnął go na kolano – Może to niewiele, ale trzymaj.. - i tak ściągnął z jednej z rąk brązową, wiązaną  bransoletkę wykonaną z rzemyków, na jej przedniej części widniały trzy, szafirowe kuleczki – Jak Ci na imię, chłopcze?
-E-Emrys.. - wymamrotał, to były jego pierwsze wypowiedziane słowa od bardzo dawna, przez co brzmiało to dość niezdarnie.
-Emrys, bardzo ładne imię.. - zaśmiał się, przypatrując chłopcu widocznie zdruzgotany. Tu nie chodziło o jego oczy, a o ciemne sińce, które pokrywały niemal całe ciało chłopca. - Słuchaj, Mrysiu, jest osoba która o tobie mówiła, mówiła że bardzo chciałaby dać Ci dom.. - mówił troskliwie, oczywiście miał na myśli siebie. Sytuacja chłopca bardzo go poruszyła, przez co chciał zabrać go do domu.
-Na..p..pra..wde? - wymamrotał, nie mogąc uwierzyć w słowa mężczyzny.
-Na prawdę.. - odpowiedział mu radosny, męski głos. Mikołaj sięgnął po  ciastko – Masz, zjedz Ciasteczk..-urwał, gdy to jedna z kobiet, wyrwała z jego ręki łakocie.
-On jest uczulony.. - oświadczyła chłodno.
-Jedno mu nie zaszkodzi.. - odciął się równie chłodno mężczyzna, odbierając pszenne ciasteczko, które wsunął w drobne dłonie chłopca- Wesołych świąt..Emrysie..- I tak odstawił go na ziemię, wstając.
Chłopiec niemal od razu wrócił do swojego kąta, niepewnie wgryzając się w ciastko. Słodycz jaka rozlała się po jego podniebieniu była nieopisywalna, a samo to było bez wątpienia najlepszym, co miał w ustach.
Za drzwiami rozlegały się krzyki, toteż ciekawskie  dzieci przysłuchiwały się dość ostrej wymianie zdań, jaka rozgrywała się na korytarzu.
Jedynie Emrys, nie opuszczając swojej bezpiecznej strefy delektował się ciastkiem, jedząc je bardzo powoli, by zostało mu jak najdłużej.
Niedługo po tym jak krzyki ucichły, do salonu wpadła rozwścieczona Lizzy, jej agresywne spojrzenie szybko odszukało chłopca. Niemal podbiegła do niego, zaczynając krzyczeć.
-I co narobiłeś jebany smarkaczu?! Było się wychylać?! Przez Ciebie będziemy mieli problemy!- ryknęła, chwytając chłopca za włosy. Zaciągnęła go do jego klitki, kolejny raz z impetem wpychając go do środka.
Chłopiec uderzył głową o kant zniszczonej komody, upadając na betonową posadzkę.
-Jebany gówniarz!- syknęła w szale złości, z całej siły kopiąc chłopca. Po żebrach, głowie, nerkach – nie zwracała uwagi gdzie tak naprawdę uderzy.
– Powinieneś zdechnąć! - zagrzmiała. Emrys kulił się, łkając, co zdawało się jedynie drażnić kobietę, która katowała go jeszcze agresywniej, do momentu, aż chłopiec stracił przytomność.
To były jego ostatnie chwilę radości, ostatnia gwiazdka – gdyż każdą kolejną spędzał zamknięty w swoim pokoiku, czekając na resztki z Bożonarodzeniowej kolacji.
Dzień ten nie różnił się tak bardzo od pozostałych. Urozmaicony możnością opuszczenia ceglanych ścian sierocińca, dawało dzieciom spędzić parę beztroskich godzin na zabawie na świeżym powietrzu.
Mryś czuł się bardzo nieswojo, o ile w salonie posiadał  miejsce, w którym mógł czuć się w jakiś sposób bezpieczny, to tutaj go nie było. Otwarta przestrzeń nie pozwalała mu się nigdzie schować, czy zejść z oczu pozostałym, co wzmagało uczucie niepewności. Przemknął między rówieśnikami, którzy zdawali się tym razem zignorować go całkowicie. Odszedł kawałek, rozglądając się po okolicy. Szkarłatne tęczówki odnajdywały dzieci z zewnątrz, a jednak nie miał odwagi zbliżyć się do któregokolwiek z nich, wiedząc, że efekt będzie niemal identyczny. Usiadł pod jednym z drzew, opatulając dłońmi drobne kolana. Tkwił tak przez jakiś czas, powoli pogrążając się śnie, z którego wyrwał go dźwięczny głos.
-Co tak siedzisz? - Szkarłatne oczy uniosły się na sylwetkę chłopca, a jednak ten nie wydawał się być jakoś przejęty stanem jego oczu, wręcz przeciwnie – Ale masz fajne gały.. -zachichotał- Wstawaj, mama mówi że od siedzenia na ziemi można złapać wilka!
Emrys widocznie zdezorientowany zaistniałą sytuacją, podniósł się powoli.
-Czemu nic nie mówisz? - Podjął rozweselony chłopiec. Z wyglądu różnił się znacznie od innych dzieci, a jednak jego rozświetlona, wesoła twarzyczka przyćmiewała wszystko inne – Nazywam się Chriss,a ty?
-Chriss.. - powtórzył cicho Mryś, wciąż nie rozumiejąc co się dzieje. Sytuacja ta była dla niego na tyle zaskakująca, że chłopiec nie wiedział jak ma się zachować. Nikt zwykle się do niego nie odzywał, a na pewno nie w sposób życzliwy.
-Też nazywasz się Chris?
-ha? A ..nie.. - zaczął sennym, spokojnym głosem – Emrys..i.. też masz fajne ga..ły..
Chris roześmiał się wesoło, widocznie rozbawiony zachowaniem kruczowłosego.
-Chcesz się ze mną pobawić? - zawołał żywo.
Emrys rozejrzał się dookoła, czując swego rodzaju strach – Ja..dobra..
-Jesteś zabawny.. - stwierdził, ruszając w kierunku osiedla.
Kruczowłosy obejrzał się za siebie, oblewając spojrzeniem sierociniec, po czym ruszył za Chrisem.
-Jestem? - zagaił swoim flegmatycznym głosem.
-Pewnie!
Chris niewątpliwie był osobą, która zmieniła świat Mrysia do tego stopnia, że chłopiec był w stanie poczuć coś, co spisywane było w książkach jako „szczęście”.
~ - Nie, Emrys! Musisz być bardziej smokowaty! - zawołał rozweselony, unosząc dłonie.
-Smokowaty? - zapytał cicho, naśladując gest dłońmi.
-No wiesz! Waaa! Taki groźny! - oświadczył bardzo pobudzony głos chłopca, który był skrajnie różny od bez emocjonalnego tony Mrysia.
-Waaa? - podjął Mryś, a jednak i tym razem nie wykrzesał z siebie niczego, co by przygasiło senny głos chłopca.
-Jesteś w tym beznadziejny.. - Chris roześmiał się dźwięcznie.
Emrys powoli opuścił dłonie – Jestem..- przyznał, a jego kąciki ust delikatnie się uniosły.
Chris był nowym etapem w jego życiu, był jego pierwszym i jedynym przyjacielem, który akceptował całkowicie jego charakter i zdawało się, że miał gdzieś jego wygląd. Toteż Mryś często wymykał się z bidula, by go odwiedzić. Chłopiec stał się jego lekarstwem na truciznę jaką zaznawał w sierocińcu. Emrys go bezsprzecznie uwielbiał, mimo że jego flegmatyczny sposób mówienia i mimiki nie pozwalał określić tego tak, jak chłopiec by chciał.
-Z radością, Mryś! Musisz być bardziej pozytywny..
-z radością? Pozytywny?
-Nie ważne.. - Chris się roześmiał wesoło, podając mu ciastko – Jesteś fajny taki jaki jesteś. W sumie nie chciałbym byś był inny..
Bez wątpienia nauczył go o wiele więcej niż puszczanie kaczek, budowanie szałasu czy bawienie się w wiele dziwnych zabaw, w których Emrys był beznadziejny. Udawanie smoka czy odważnego rycerza w jego wykonaniu było dość niezdarne, a jednak zdawało się to nie mieć znaczenia.
Beztroskie hasanie po ogródkach, osiedlu i lesie, poszukując przygód, było zbyt idealne by trwało wiecznie.
Emrys coraz rzadziej mógł odwiedzać chłopca, gdyż wychowawczynie poczęły stosować coraz to rygorystyczniejsze kary wobec niego. Chris kilka razy podburzał Emrysa, by powiedzieli to jego mamie. Jego głos był wtedy bardzo wojowniczy..
-Emrys tak nie może być!
-Dlaczego?
-Powiemy mojej mamie! Pójdziemy z tym na policje! Oni nie mogą Cię krzywdzić!
A jednak płomienny temperament Chrisa w owej sprawie gasł, wiedząc że Mryś nie chce i nie podejmie kroków w owym kierunku. Mryś wiele razy tłumaczył mu, że świat nie jest mu przychylny i nic tego nie zmieni..
-Ale wszystko jest dobrze, bo jesteś tu ze mną.. - Wyznał spokojnie pewnego wieczoru, gdy to przeprowadzali jedną z ostatnich rozmów na ten temat.
Mryś pewnego dnia, gdy to jak zwykle odwiedzał swojego przyjaciela, zauważył w nim pewną zmianę, Chris wydawał się być bardzo zmartwiony, a jednak nie chciał zbyt wiele powiedzieć. Prawdopodobnie nie chciał przysparzać dla Emrysa więcej zmartwień,w końcu sam miał ciężkie życie, na które nigdy nie narzekał.
Również  jego mama wyglądała inaczej, pod wymuszonym uśmiechem kryła się rozpacz, którą dało się zobaczyć będąc spostrzegawczym.
~ - Czy życie ma sens? -zapytał kiedyś.
Emrys zadarł szkarłatne tęczówki ku niebu - Swego czasu Jean Paul Sartre postulował, że każde istnienie rodzi się całkowicie przypadkowo. Wyrasta ze swej nicości i do niej powraca w momencie..śmierci.
Od tamtego czasu jego życie poczęło się zmieniać, często gdy odwiedzał Chrisa tego nie było, Mryś nie wiedział co tak naprawdę się dzieje, wiedział, że jest źle.
Rzadkie chwile gdy przysiadali wieczorem na trawie, pogrążając się w bezsensownych rozmyślaniach zdawało się relaksować ich obu.
Pewnego dnia..
~Emrys powoli wszedł do dobrze mu znanego domu, traktował go niemal jak swój drugi dom, toteż takie zachowanie nigdy nie dziwiły nikogo. Powoli przeszedł przez kuchnie, obserwując otoczenie.
Do jego receptorów słuchowych dotarł dźwięk, który zagłuszał ciszę panującą w mieszkaniu – był to szloch.
Idąc jego tropem Mryś znalazł się w salonie, ujrzał rodzicielkę przyjaciela. Siedziała na kanapie, roniąc żałośnie łzy.
-Ciociu? - zapytał niepewnie, ruszając w kierunku kobiety.
-Zniknął..nie ma go..-zaszlochała kobieta, pochwycając chłopca, jednocześnie przytulając go mocno – Mój synek..-zaniosła się żałosnym płaczem.
To był..koniec.

Rzeczywistość wróciła do czasu sprzed kilku lat, nim  poznał Chrisa, a jednak teraz było mu ciężko się odnaleźć. Czuł się jakby ktoś odciął mu dopływ tlenu. Brak antidotum na truciznę odcisnęło w końcu zamierzone piętno.
Coraz częściej pogrążał się w rozmyślaniach na temat sensu życia, pomagały mu w tym książki. Jednak to nie baśnie poczęły go kształtować, a nurty filozoficzne i książki historyczne.

Był niemal dorosły, dzięki czemu opiekunowie coraz rzadziej wyżywali się na nim, a jednak nadrabiali to rówieśnicy, którzy w grupkach nie raz rzucali się na niego z pięściami, katując do nieprzytomności.
Emrys nigdy się nie bronił. Nie posiadał woli walki jaką posiadał jego dawny przyjaciel.
Nie płakał..
Nie krzyczał..
Nie prosił..
Po prostu przyjmował ciosy.
~ Ludzie byli jak zwierzęta ~
Pewnego dnia, wszystko się zmieniło..
~ Spędzali czas na świeżym powietrzu. Dzieciaki, które były teraz praktycznie dorosłe, w większości wgapiali się w rozświetlone ekraniki swoich telefonów, przez co posesja zdawała się cicha i opuszczona.
Przeraźliwe, żałosne piski, wyrwały kruczowłosego z refleksji. Jego wzrok energicznie skierował się w kierunku dźwięku. Jego szkarłatnym oczom ukazał się obraz z którym utożsamiał się jak nikt inny.
Grupka nastolatków okopywało małego, rudego kundla.
Emrys machinalnie się podniósł, ruszając pośpiesznie w owym kierunku. Dlaczego tego nie zignorował? Prawdopodobnie dlatego, że dobrze wiedział co czuje przybłęda. Wiedział jak to jest być śmieciem, którym wszyscy wycierają podłogę.
-Zostawcie go! - zawołał, odpychając jednego z napastników.
Wzrok ich spoczął na kroczowłosym, a zaraz za nim rozległ się ich śmiech.
-O patrzcie! Wielki bohater! -Zawołał dość umięśniony blondyn w odwecie popychając Emrysa.
Między chłopakami doszło do szarpaniny, to było pierwszy raz, gdy Emrys komukolwiek się postawił.
A jednak przewaga liczebna zrobiła swoje. Emrys szybko podzielił los psa na ziemi.
Gdy skończyli go tłuc jeden z nich splunął
-Żeby to była nauczka dla Ciebie, śmieciu!
Szkarłatne oczy wpatrywały się pusto w kundla, który przysunął się, zaczynając lizać go po twarzy.
-Nie..-zaczął cicho- Zwierzęta są o wiele bardziej wartościowe. -Powoli uniósł obolałą dłoń, gładząc psinę po głowę. Jego sierść była sztywna w dotyku, a jednak z niewiadomego powodu była jedną z przyjemniejszych materiałów, jakich mógł dotknąć. - Ludzie są tylko mięsem. Zlepkiem tkanek nie mających sensu i racji bytu..jak taki głupi gatunek może panować i ustalać zasady?

~ Pewnej nocy, padał deszcz. Stuku stuku o parapet – tak wybijał rytm piosence stworzonej z krzyków i płaczu.
Stuku puku o parapet – Krwawa pieśń poczęła gasnąć, lecz deszcz łaknął więcej i wygrywał jeszcze mocniej.
                                Stuku puku – już tylko on grał tą nieszczęsną melodie. ~


~ Wiatr niósł przez miasto gazetę. Wytłuszczonym drukiem spisany nagłówek, niewątpliwie w pierwszej kolejności przykuwał uwagę, mrożąc krew w żyłach swoją treścią:
                                              „ Bestialski mord na sierocińcu Rusellta"
Wczorajszej Nocy doszło do masakrycznych wydarzeń, które miały miejsca w sierocińcu na obrzeżach miasta.
Policja znalazła rozczłonowane zwłoki podopiecznych, jak i wychowawców. Prawdopodobnie nikt nie pozostał przy życiu. Przestępca jak na radzie jest nieznany, aczkolwiek śledczy podjęli odpowiednie kroki.

                                                                                            Więcej informacji na stronie 3

~ Mryś był dzisiaj w wyjątkowo dobrym humorze, toteż postanowił, że przygotuje zarówno dla siebie, jak i Rufusa dobry obiadek. Wyszedł z drewnianej chatki, podchodząc do drzewa, do którego przywiązany był mężczyzna.
Był znacznie masywniejszy od Emrysa, a jednak teraz wyglądał niczym spłoszone jagnię, gdy tak resztami sił szamotał się z liną.
Emrys ukucnął przy nim.
-Jesteś diabłem! - zawołał histerycznie.
Kruczowłosy zastygł na chwilę w bezruchu – Może, tego nie wiem.. - oświadczył. Sięgnął po drewnianą pałkę i jednym, silnym uderzeniem ogłuszył mężczyznę. Uwolnił go, związując jednak jego ręce za plecami i zaciągnął pod hak.
Dość ciężko było unieść to umięśnione cieplsko, nabijając jego stopy na zardzewiałe ostrze, a jednak gdy udało mu się to uczynić, mężczyzna z przeraźliwym krzykiem się obudził.
-Shh..-  ze stoickim spokojem Emrys starał się go uciszyć. Obniżył się i rzekł swoim flegmatycznym, wypranym z uczuć głosem – Proszę, nie szarp się, nie lubię przekrwionego mięsa..- Wyciągnął mały nóż myśliwski, podcinając mu gardło. ~[/align]

Charakter:

Mryś jest małomówną i wyjątkowo specyficzną osobą. Dopiero gdy ktoś go w jakimś stopniu pozna, czy zrozumie, może dojść do wniosku, że Emrys jest po prostu małomówny. A jego beznamiętne spojrzenie, spokojny,senny ton głosu i praktycznie znikoma mimika twarzy jest u chłopaka naturalna i nie znaczy wcale, że chłopak ma gdzieś wszystkich. Mężczyzna raczej woli słuchać. Nie potrafi ukazywać emocji, toteż gdy za dziecka próbował się w cielić w rolę rycerza, bądź smoka wychodziło mu to niezdarnie. Często myli pojęcia przez brak zrozumienia ich znaczenia. Nie odróżnia lubienia, od miłości, czy nie lubić, a nienawidzić – dla niego to jedno i to samo, przez co czasem bywa nietaktowny, a fakt że jest bardzo oczytanym człowiekiem nie wyjdzie na jaw. W końcu sam tego nie powie, jeśli go nie zapytasz.

Zainteresowania*:

-Uwielbia zaczytywać się w książkach.
- Gotowanie (dość specyficzne)
- Obserwacja ludzi.

Rodzina*: Brak
Relacje
(opisy uzupełnię)
-Ptasieradio(Drozd)
-Paprotka(Vincent)
-Tosia(Beatrice)
-Kot (Kasandra)
(potem dopiszę resztę)
Ekwipunek*:
książka, rozpałka, krzesiwo, metalowy zbiorniczek z benzyną, poręczna apteczka( znajduje się w niej środek odkażający, środek odkażający,bandaże, gaza, plastry, środki przeciwbólowe, igły, strzykawka i para  rękawiczek), chusteczki nawilżające, bambusowa rurka wraz ze strzałkami, zbiorniczek z środkiem nasennym, skalpel, trzy paczuszki ciastek, tabliczka czekolady, manierka z herbatą, bidon z wodą, czarna peleryna z kapturem, buteleczka z arszenikiem, kastet,parę  – a to wszystko zapakowane w skórzany plecak. Kilka lizaków pochowanych po kieszeniach.

Inne:
-Emrys nie spożywa zwierząt, natomiast je ludzi.
-Posiada parę ukrytych ostrzy  
-Do jego paska przyczepiony jest skórzany pokrowiec, który mieści w sobie nóż myśliwski.
- Bardzo często jego nosek podtrzymuje czarne lenonki, które zakrywają jego ślepia.
-Uwielbia ciastka(jego ulubione to oreo)
-Ma słabość do Chupa Chupsów (tylko truskawkowych)
avatar
Emrys Love

Liczba postów : 4
Join date : 10/11/2018

Zobacz profil autora

Powrót do góry Go down

Powrót do góry


 
Permissions in this forum:
Nie możesz odpowiadać w tematach